Łódź Kaliska w ofensywie
Ósmego kwietnia do Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie przybiła łódź. I to nie byle jaka, nie rybacka, a kaliska!
Grupa
artystyczna Muzeum Łódzi Kaliskiej (w składzie: Marek Janiak, Adam
Rzepecki, Andrzej Makary Wielogórski i Andrzej Świetlik)
zaprezentowała swoje prace Trójmiastu. Od tego dnia do czwartego
czerwca na trzecim piętrze PSG-u można było zobaczyć wystawę pod
kuratelą Moniki Małkowskiej – „Parada wieszczów”.
Sam
tytuł omawianej ekspozycji sygnalizuje z czym mamy do czynienia.
Parada to widowisko z udziałem wielu osób, uroczysty przegląd
wojsk, a także – w szermierce – odpowiedź na cios przeciwnika.
Na pytania kto jest przeciwnikiem (symbolicznym!), jacy ludzie tworzą
tę paradę, a także co z tym wszystkim ma wspólnego armia,
odpowiadają same prace. Po części odpowiedzi udziela także drugi
człon tytułu, zaczerpnięty z systemu pojęć charakterystycznych
dla polskiego romantyzmu.
.Wyraziste
odniesienia do tradycji stanowią jedną z najbardziej swoistych cech
zaprezentowanej sztuki. Są to odwołania krytyczne, groteskowe,
pełne ciętego dowcipu, nadające wystawie pastiszowy charakter.
Twórcze przetworzenie, rekontekstualizacja, hiperbola czy ironia –
chwyty tak charakterystyczne dla postmodernizmu – znajdują swój
wyraz w zaprezentowanych fotografiach i filmach, sytuując je w
obszarze estetyki kampu. Tym samym kicz zostaje wyzyskany jako
narzędzie krytyki kultury. Krytyki, która nie jest niewinną
zabawą, a raczej próbą określania polskiej tożsamości przez
konfrontację z mitami narodowymi czy martyrologią. Warto jednak
zauważyć, że twórczość tej grupy to miecz obosieczny. Równie
ironicznie, co polska tradycja, zostają potraktowane tendencje
awangardowe czy współczesne teorie krytyczne obecne w dyskursie
humanistycznym. Jest to zatem cios wymierzony na dwóch poziomach,
nieszczędzący także samych twórców.
Wśród
eksponowanych prac w pierwszej kolejności zwraca uwagę cykl
fotografii, poświęcony życiu Janiny Kochanowskiej. Otóż jak
można się dowiedzieć z tablicy informacyjnej, w której
towarzystwie znajdują się te fotografie, Jan Kochanowski był
kobietą – na co miałaby wskazywać czaszka odnaleziona w
domniemanym miejscu pochówku poety. Informacja ta, przedstawiona z
nabożną powagą, staje się pretekstem do działań artystycznych,
a w przypadku widza – do kontaktu z historią (herstorią?)
alternatywną w duchu feministycznym i genderowym, odwołującą się
do malarstwa renesansu i baroku – między innymi do obrazu Hansa
Holbeina Młodszego „Jean de Dinteville i Georges de Selve”, powszechnie znanego jako „Ambasadorowie” czy też do motywu św. Hieronima piszącego – znanego chociażby z obrazów Caravaggia.
Wyżej,
w przestrzeni pomiędzy piętrami, prezentowało się coś zgoła
innego – cykl pop-artowych fotografii, wykorzystujących wizerunek
Stefana Żeromskiego zestawiony z przedstawieniem majonezu
kieleckiego. Rozmaite warianty kolorystyczne, przemieszczenia planów
i elementów kompozycji wyraźnie nawiązywały do twórczości
Andy'ego Warhola – szczególnie zaś do „Portretu Marilyn Monroe”
i „Puszki z zupą firmy Campbell”. Co niepokojące, w starciu
tych dwóch sił majonez zdawał się brać górę nad pisarzem,
koncentrując uwagę odbiorcy.
Takie
zestawienie sugeruje istnienie jakiejś relacji między jednym
a drugim. Analogia? Przeciwieństwo? Literatura jako produkt? A
może najzwyczajniej – to mdły smak jest wspólnym mianownikiem
łączącym majonez z Żeromskim? Wydaje się jednak, że odpowiedź
jest bardziej prozaiczna: pisarz związany był z Kielcami.
Godne
uwagi są również filmy zaprezentowane na wystawie (m. in. „Szarża
stojąca” oraz komiks będący selfie-adaptacją „Balladyny”
Słowackiego.
„Szarża...”
to performance uwieczniony w formie zapisu filmowego, przerywany
szeptanymi monologami, które wprowadzają w problematykę
przedsięwzięcia, bazującą na względności ruchu i odwołaniach
do malarstwa batalistycznego (rozmieszczenie performerów i
publiczności przywodzi na myśl kompozycję obrazów Matejki czy np.
Kossaków). Kozły gimnastyczne zamiast koni, nagość i czapy wojsk
napoleońskich – to elementy najbardziej zapadające w pamięć
przy kontakcie z tym filmem.
W
„Paradzie wieszczów” nie zabrakło też obrazów dużo bardziej
kontrowersyjnych. W te obfitował drugi film zaprezentowany w
galerii, pastisz na hollywoodzkie konwencje kina popularnego ze
skrajnie obrzydliwą sceną praktyk erotycznych, wykorzystujących
serki homogenizowane i bitą śmietanę. Antyestetyzm w najczystszej
(a może wręcz przeciwnie?) postaci.
„Parada
wieszczów” miała szokować przez drastyczne odbrązowienie
słynnych postaci i motywów, jak i przez demaskację zużytych
schematów. Cel ten z pewnością został osiągnięty.
Zaprezentowane prace wywoływały emocje, nie pozostawiały
obojętnym, absorbowały odbiorców – dlatego warto je zobaczyć.



Komentarze
Prześlij komentarz