Kto złapał się na haczyk? Połów. Debiuty poetyckie 2016
Ośmiu poetów, trójka redaktorów, sto trzydzieści stron wierszy. Oto tegoroczna propozycja Biura Literackiego adresowana do czytelników zainteresowanych debiutami na scenie polskiej poezji współczesnej.
Jedenasta
edycja konkursu poetyckiego Połów nagłośniła nowe
nazwiska. Debiutanci, z których twórczością możemy się
zapoznać to: Paweł Biliński, Sebastian Brejnak, Paula Gotszlich,
Robert Jóźwik, Kuba Kiraga, Julia Mika, Adrianna Olejarka, Jakub
Pszoniak oraz Bartosz Zdunek. Z kolei Marta Podgórnik, Tadeusz
Dąbrowski i Kacper Bartczak dokonali wyboru zaprezentowanych tekstów
– wywiązując się tym samym z zadania wprost heroicznego, biorąc
pod uwagę, ile wierszy zgłaszanych jest na tego typu konkursy.
Mamy
zatem do czynienia ze zbiorem bardzo niejednorodnym, wpisującym się
w różne estetyki, eksplorującym rozmaite rejestry
stylistyczne. Książka pokonkursowa Połowu 2016
to kosz z owocami, wśród których znajdziemy takie, które obdarzą
nas słodyczą (przyprawiającą z rzadka o mdłości), ale nie
zabraknie również tych gorzkich, wyraziście drażniących
podniebienie. Niestety, jak to z owocami bywa, można też trafić na
te nieświeże lub zwyczajnie zepsute.
W
przeciwieństwie do Marty Podgórnik, która cytując Honeta,
zwracała uwagę na to, że nie chce stróżować przy własnych
gustach estetycznych, ja to właśnie zamierzam uczynić. Czysto
pragmatycznie. Nie ma bowiem wartościowania poezji poza konfrontacją
z własnym poczuciem smaku. Próby pozorowanego obiektywizmu
sprowadzają się wyłącznie do zmyślnej gry retorycznych zabiegów.
Pozostańmy zatem w obszarze osobistych wrażeń, które choć nie
mówią nam nic pewnego, to jednak są uczciwsze i mogą stanowić
cenną wskazówkę dotyczącą tego, czy warto czytać teksty
wspomnianych autorów.
Bilińskiego
czytać warto. Na wyrywki. Gdy się już na to zdecydujemy,
nieuchronnie czeka nas celebracja tęsknoty, tkliwość i zupełnie
niewspółczesny liryzm, któremu towarzyszą mocno zużyte, niemal
zbanalizowane motywy – oczy jako synekdocha człowieka, a zwłaszcza
jego życia psychicznego, śmierć jako przysypanie ziemią,
nieskończoność. To zdecydowanie nie są nowe użycia języka,
przetworzenia na język wierszy tego, co nie zostało jeszcze przez
poezję zawłaszczone. Co prawda Biliński zestawia te elementy z
językiem życia codziennego, pozbawionym patosu – zupełnie jakby
poetyckość była chorobą przenoszoną przez sąsiedztwo słów –
jednak w moim odczuciu to nie rozwiązuje problemu.
Wielkim
zaskoczeniem okazał się wiersz-piosenka zanim odjedziesz.
Niestety do artystycznej pełni zabrakło mu jakiejś prostej,
chwytliwej melodii i twarzy Zenka Martyniuka.
Niemniej
literackie nawiązania znacznie wykraczają poza wieszczów z
festiwalu disco polo w Ostródzie. Dla przykładu – tekst „ulica Bożego
Ciała” pod wieloma względami przypomina utwory Tuwima czy
Gałczyńskiego. Gdyby nie wyrazista puenta (choć dosyć kiczowata – dwa kroki bliżej do Raju) i obecność takich rekwizytów jak
chociażby łóżko z Ikei, można by odnieść wrażenie, że gdzieś
się już to czytało, że to wiersz skamandrycki. Tekst ten, nieco
ironicznie, odwołuje się do mitu arkadyjskiego i jest w tym pełna
konsekwencja. Wizję „ulicy szczęśliwej”, bądź co bądź,
wieńczy motyw śmierci – et in Arcadia ego.
„Ulica Bożego Ciała” nie jest żadnym poetyckim novum, ale
warto zwrócić uwagę na to, że stanowi nastrojową i całkiem
interesującą wariację.
Summa
summarum autor zdaje się jednak przyznawać do winy. Ostatni
zaprezentowany tekst Bilińskiego to wyraz samoświadomości – wiem, zgrzeszyłem. Co trzeba jednak podkreślić – nie ma
tu skruchy – i bardzo dobrze, że jej nie ma. Wśród
zaprezentowanych tekstów wiersz zespolenie jest jak perła z
obrazu Vermeera. To jeden z najlepszych tekstów w całym
zbiorze. Lekarstwo na rozpadający się świat. W postmodernistycznym
tyglu dobrze mieć „swoją część urojoną”. Kiedy wielkie
opowieści przestają zespalać naszą wizję rzeczywistości, trzeba
rozproszoną tożsamość co rusz integrować na nowo. Dlatego
właśnie warto czytać Bilińskiego. Na wyrywki.
Z
kolei Kodeina Sebastiana Brejnaka proponuje czytelnikom
zupełnie inny typ doświadczenia. Na uznanie zasługuje wysoka
świadomość językowa – balansowanie między dosłownymi
znaczeniami a grą z etymologią czy rozbijaniem frazeologizmów
(wpatruję się w słońce […] chcę się oślepić i zacząć
widzieć jaśniej, w probówkach i próbach atomowych).
Wiersze Brejnaka zapraszają do tego, aby pochylić się nad
konkretną chwilą, obserwować, osadzać w kontekstach – wtedy
wszystko może stać się przyczynkiem do filozoficznej refleksji.
Jest w tych utworach niebywały porządek, który narzuca się już
na poziomie poszczególnych wyrazów (paradoks, zbiór, uniform,
prawo, element etc.) czy składni – o czym świadczą wyliczenia
oraz liczne dychotomie (krucjatę i dżihad| wąsy i tęcze |
sierp i młot).
Co
się zaś tyczy treści – rozczarowanie; bynajmniej nie tekstami.
To niepozostawiające złudzeń spostrzeżenia, zazwyczaj bardzo
gorzkie, lecz nie rozemocjonowane. Tadeusz Dąbrowski pisał o
Brejnaku, że to poeta głodny autentyczności. Tylko czy
autentyczność w ogóle jest możliwa? – zdają się pytać
wiersze takie jak Prawdę i tylko prawdę czy Kopista.
W twórczości Brejnaka kwestie autentyzmu i bezradności poznawczej
to tematyczne centrum, nad którym piętrzą się kolejne
wątpliwości. Konfrontując się z nimi nie miałem jednak złudzeń,
co do tego, że są to wiersze warte docenienia.
Inaczej
jest z twórczością Pauli Gotszlich. Część jej tekstów jest
egzaltowana. Wbrew zapewnieniom redakcji, zawarte w nich
spostrzeżenia wcale nie są szczególnie błyskotliwe. Ot,
powtórzenia, banały (mam 19 lat i chcę mieć swoją
osobowość). Co prawda, są w nich również ciekawe rozwiązania,
a na szczególną uwagę zasługuje jej ostatni zaprezentowany wiersz
– Nieszczęśliwe zakończenie czy wcześniejszy, również
dobry, Naprawdę tak ktoś powiedział w grudniu
2012. Niestety całość już nie wypada tak dobrze. Na pytanie: co mnie uwodzi w poezji?, mógłbym odpowiedzieć: z pewnością
nie teksty Gotszlich.
Gdyby
jednak odpowiedź na to pytanie miała być pozytywna, byłyby to
zmysłowe, synestezyjne metafory Roberta Jóźwika, który z wielką
łatwością przyobleka abstrakcję w konkret. Nie jest to
jednak jego jedyny atut. Zasadniczo wiersze z cyklu Tylko psy
i satelity można by podzielić na przynależące do dwóch
poetyk. Jedna byłaby poetyką intensywnie zmetaforyzowanego obrazu,
zaś w opozycji do niej byłyby teksty lapidarne, plastycznie
oszczędne, ale za to celne – kondensujące treść.
Podobnie
jak Biliński i Brejnak, Jóźwik także ma swoje demony –
przyszłość i przeszłość, a także jakby zatrzymaną w
kadrze chwilę obecną. Jest też miejski organizm, tłum – motywy
znacznie lepiej wyzyskane niż u wcześniej wspomnianej autorki,
jednak nie wykraczające poza to, co znane.
Co
się zaś tyczy Kuby Kiragi, Julii Miki, Adrianny Olejarki i Jakuba
Pszoniaka – ich wiersze pozostawię w sferze niedopowiedzenia. Są
to twórcy z pewnością interesujący – szczególnie ostatnia
dwójka. Kiraga i jego hip-hopowy słowotok, obraz Krakowa
u Pszoniaka, a także reminiscencje Olejarki niemal narzucają
się z tym, by przyjrzeć im się bardziej wnikliwie przy innej
okazji.
Nie
chciałbym zatem jednoznacznie wyrokować nad Połowem.
Poetyckimi debiutami 2016. To zbiór bardzo różnych od siebie
cykli, które wymagają osobnego namysłu i niezależnej od siebie
oceny, a przede wszystkim zaangażowania w aktywną lekturę każdego
wiersza.


Komentarze
Prześlij komentarz