Mielizny i światła
O dziennikach Twardocha pisano już różnie. Najczęściej źle. Z jednej strony porównywano jego zapiski z egzaltowanymi wyznaniami blogerów, z drugiej zaś mówiono o zupełnej nieautentyczności i wykraczaniu poza poetykę tradycyjnych diariuszy. Czytając recenzje „Wielorybów i ciem” łatwo zauważyć, że wymykają się one prostym, logicznym podziałom binarnym. Otóż dziennik ten, jeśli wierzyć dotychczasowym rozpoznaniom, jest jednocześnie narcystycznym eksponowaniem osoby pisarza, jak i zbiorem dyletanckich refleksji, nie znajdujących poparcia w życiowym doświadczeniu autora, którego niezaprzeczalną winą jest zbyt młody wiek. Zarzuty tego rodzaju można by mnożyć i długo wymieniać – że to nie jest dziennik, a rocznik; że notatki nie są zapisem doświadczeń na bieżąco; że to literacko opracowane, kłamliwe mikrohistorie, a na dodatek, że to przesadnie szczera, mazgajowata, egotyczna słowna breja autokreacji. Może gdyby historia się do pisarza uśmiechnęła i zgotowałaby nam jakąś wojnę, wtedy takie pisanie miałoby sens, a Twardoch zostałby okrzyknięty drugą Nałkowską, ale póki co dzienniki przyniosły wielki, wielki zawód, pochłaniając przy tym czas i pieniądze nieopatrznych czytelników.
Ja
jednak znajdowałem przyjemność w czytaniu o wędrującym Twardochu
– podróżującym przez odległą, skutą lodem Syberię,
podróżującym przez literaturę Maraiego i Ciorana, podróżującym
przez ojcostwo osnute dymem goździkowych djarumów. Nie był to
zapewne ten sam Twardoch, który na spotkaniach autorskich podpisuje
książki, a w czasie wolnym od pisania pozuje przy wehikułach
Mercedesa. Zresztą bardzo dobrze, że to nie był on. Ja chciałem
obcować z bohaterem literackim, z twórczym zmyśleniem i tak się
właśnie stało. „Wieloryby i ćmy” to prawdziwe kłamstwo i
skłamana prawda, łże-dziennik jak u Konwickiego czy Gombrowicza,
choć z pewnością znacznie mniejszego formatu. Każda literatura
aspirująca do kategorii non-fiction jest skazana na choćby
częściowy fałsz, zakorzeniony w próbach konceptualizacji
chaotycznej rzeczywistości. Można podnosić larum i mówić o tym,
że dziennik Twardocha słabo wypada na tle klasyków gatunku. Można
by w ten sposób odrzucić nie tylko jego twórczość, ale niemal
cały dorobek współczesnej literatury, bo to nie ten poziom, co
Miłosz; bo to nie gombrowiczowska błyskotliwość. I nie ma nagrody
Nobla! Tylko czemu takie zestawienia miałyby służyć?
Otóż
Twardoch mówi mi wiele o współczesności – o rzeczywistości
kapitalizmu, marki, pogoni za konsumpcją i o kształtowaniu
wizerunku. Być może u kogoś budzi to odrazę, ale jest to jedno z
obliczy dzisiejszego świata – w moim odczuciu trafnie
wyartykułowane.



Może i to nie jest takie głupie jakby się mogło wydawać ;)
OdpowiedzUsuń