Kwasowy dewastator
Niemiec Hans-Joachim Bohlmann zasłynął jako dewastator światowej sławy dzieł sztuki. Jego ofiarą padły płótna między innymi Rubensa, Rembranta czy Dürera. W ciągu swojego życia Bohlmann zniszczył bądź uszkodził ponad pięćdziesiąt obrazów, których wartość szacowano na sumę ponad stu trzydziestu ośmiu tysięcy euro - ale, jak przekonuje bohater najnowszej powieści Jacka Dehnela, to nie prawda. Sto trzydzieści osiem tysięcy euro nie zastąpi żadnego ze zniszczonych arcydzieł, bo te wszak są niezastąpione, a co za tym idzie: bezcenne.
Osiemnastego maja ubiegłego roku nakładem wydawnictwa Znak
Literanova ukazała się nowa powieść Jacka Dehnela „Krivoklat”;
kolejna już w bogatym dorobku artystycznym autora (obok m. in.
"Lali" czy "Matki Makryny"). Na kanwie
autentycznej historii Bohlmanna, Dehnel wykreował postać literacką
tytułowego Krivoklata. Ów bohater w pierwszoosobowej narracji,
wtajemnicza czytelnika w świat wielkiej sztuki, ukazanej przez
pryzmat indywidualnych doświadczeń i krytycznych analiz.
Pierwszorzędną rolę odgrywają tu równie paranoiczne, co
przenikliwie refleksje na temat współczesnej kultury mieszczańskiej
czy też logiki kulturowej późnego kapitalizmu. Stanowią one
kontekst, w którym osadzone są poszczególne działania Krivoklata
w jego wojnie ze sztuką przy użyciu 96-procentowego kwasu
siarkowego.
Tematem Dehnelowskiej powieści jest inflacja wartości duchowych.
Podobnie jak szekspirowski Hamlet czy też Randle McMurphy z powieści
Kena Keseya, Krivoklat jest człowiekiem chorym psychicznie, który w
swoim szaleństwie i mizantropii prowokuje pytania o to, czy
społeczeństwo nie jest toczone przez znacznie gorszą chorobę –
obłęd zbiorowy.
Diagnoza stawiana współczesnym jest surowa: jesteśmy hipokrytami
pozbawionymi własnego gustu. Wartości estetyczne traktujemy jako
przede wszystkim konstrukty społeczne. Stale w rozterkach Krivoklata
pobrzmiewa tęsknota za kantowskim pojęciem estetycznego smaku. To
właśnie w tym aspekcie, jak również w językowej stylizacji,
uwidacznia się umiejscowienie tego tekstu w obrębie tradycji. Jak
wskazuje autor, „Krivoklat” to pastisz antymieszczańskich
powieści Thomasa Bernharda.
Pisarz próbuje nas zwieść, czyniąc wywód Krivoklata niezwykle
przekonywającym. Jednak nie bez powodu przedmiotem namysłu bohatera
pozostają jedynie dzieła sztuki dawnej. Wszak odnoszone do nich
kategorie pojęciowe (np. wspomniany smak) są często równie
anachroniczne. Niemniej namysł nad tradycją daje solidne podstawy
do krytyki współczesnego odbioru dzieł, w którym sprawą
drugorzędną staje się własne, głębokie przeżycie „spotkania
z dziełem”, a na pierwszy plan wysuwają się gotowe rozwiązania
interpretacyjne, przedstawiane w przewodnikach, opracowaniach czy
muzealnych słuchawkach. Jako lekarstwo na tego rodzaju bolączki
dewastator obrazów proponuje impresjonistyczną ideę odbioru dzieła
przez włączanie go w spektrum subiektywnych, emocjonalnych przeżyć.
Nie oznacza to jednak prostej antyintelektualnej recepcji, a jedynie
koncentrację na przywołanym aspekcie odbioru przy jednoczesnym
uwzględnieniu także innych modeli czytania dzieł sztuki. Głos
Krivoklata to głos wołającego na pustyni – wołającego o
autentyczne przeżycie zamiast bezmyślnego, zbanalizowanego
„obcowania z kulturą”, a jego misja zdaje się być niczym
szalony apel Marinettiego, nawołujący do niszczenia wszystkich
muzeów (mimo różnych intencji obu tych przedsięwzięć).
Powieść Jacka Dehnela to blisko 240 stron refleksji, wśród
których poszczególne wątki zataczają kręgi i wciąż powracają,
czyniąc słowotok Krivoklata spójną, konsekwentnie prowadzoną
opowieścią, w której nieskomplikowana fabuła ustępuje
interesującemu zapisowi stanów psychicznych, myśli i wrażeń. Nie
poszczególne układy zdarzeń są tu ważne, a raczej przedstawienie
„misji” i komentowanie rzeczywistości, a w niej przede wszystkim
ludzi uwikłanych w absolutnie zbanalizowane i prymitywne formy życia
społecznego.
Dlatego zanim powiesi się kolejny magnes na lodówce – na
przykład ze słonecznikami van Gogha – warto przeczytać powieść
Dehnela. Nie jest to tekst wybitny, jednak niewątpliwie godny
polecenia, a przede wszystkim zajmujący. Szczególnie jeśli
zabawna, groteskowa zgryźliwość wymieszana z erudycyjnymi
odniesieniami do historii europejskiego malarstwa nie przyprawi
czytelnika o palpitacje serca.



Komentarze
Prześlij komentarz